Mimo, że tango stereotypowo jest eksplozją emocji pomiędzy mężczyzną a kobietą, wiadomo nie od dziś, że tango u zarania swoich dziejów tańczone było przez mężczyzn. Tylko czemu? Czemu kowboje Ameryki Południowej (compadritos), zabijaki z krwi i kości z nożami wielkości tasaków, mieli by brać się w ramiona i tańczyć?
Odpowiedź jest dość prosta: nie mieli innego wyjścia.

Dwoje mężczyzn pozuje, rok 1903
Kiedy w połowie XIX wieku Argentyna zaczęła budować kolej, żeby udostępnić leżące w głębi kraju zasoby naturalne, ówcześni rządzący zdali sobie sprawę, że bez napływu świeżej krwi z łupienia kraju będą nici. Na początku XX wieku populacja Argentyny wynosiła poniżej 30,000,000 mieszkańców - skromniutko, jak na kraj mający powierzchię ponad 2.7 miliona kilometrów kwadratowych! Dla porównania: nawet dziś gęstość zaludnienia w Argentynie wynosi 15 osób/km2 a w Polsce 120 osób/km2...

Bezkresna pampa
Aby ściągnąć siłę roboczą Argentyna zaczęła reklamować się jako raj na ziemi, w którym każdy dostawał ziemię, mieszkanie i wyżywienie za darmo. W przeciwieństwie do emigracji do Stanów Zjednozconych, gdzie migrowały całe rodziny (pamiętacie te wozy, przemierzające bezkresną prerię?), do Argentyny ściągali głównie młodzi mężczyźni ze starego kontynentu by się dorobić i wrócić do ojczyzny. Taka nasza współczesna emigracja do Londynu: "popracuję kilka lat, odłożę trochę grosza i wrócę".
Na papierze obiecane subsydia wyglądały wspaniale, jednak imigranci obiecanej ziemi w większości nie dostawali a i z darmowym jedzeniem i mieszkaniem było różnie. Oczywiście części udało się do czegoś dojść, jednak większość z nich klepała biedę i nigdy do ojczyzny już nie wróciła. Jednym ze skutków ubocznych imigracji typu "obłowię się i wrócę" była wielka nierówność proporcji płci - liczba mężczyzn wielokrotnie przewyższała liczbę kobiet. Nic więc dziwnego, że na początku mężczyźni ćwiczyli taniec razem: aby jakakolwiek partnerka zechciała z kimś zatańczyć, ten ktoś musiał być już naprawdę dobrym tancerzem. Nie było szans, żeby pójść na milongę po to, żeby sobie poćwiczyć.
Aż do lat 50tych nauka tańca wyglądała następująco: najpierw mężczyzna szedł na praktikę, na której ćwiczyli wyłącznie mężczyźni. Zwykle jeden z lepszych tancerzy brał pod swoją opiekę nowego adepta, który przez wiele miesięcy tańczył w roli damskiej. Nie było w tym nic dziwnego, w kraju, w którym powszechna edukacja kończyła się w wieku lat jedenastu, model mistrz-czeladnik był powszechnie akceptowanym sposobem na naukę.

Tańczący mężczyźni, około 1950
Po kilku miesiącach adeptowi tanga pozwalano tańczyć z innymi mężczyznami na podobnym poziomie. Ponieważ obaj umieli już podążać, mogli szybko nawzajem wykombinować jak zacząć prowadzenie konkretnych kroków. Według mnie to jest najefektywniejszy sposób nauki nawet dziś - możliwość ćwiczenia z osobami na podobnym poziomie, wymieniając się w tańcu rolami.
Po kilku kolejnych miesiącach starszy tancerz kazał młodszemu nałożyć swoją najlepszą marynarkę i brał go na milongę. Oczywiście (sic!) żadna partnerka nie chciała z takim żółtodziobem tańczyć, więc mistrz prosił zwykle którąś ze swoich znajomych, żeby w ramach przysługi dała ze sobą zatańczyć. Jeżeli wszystko poszło dobrze, adept dostawał w ten sposób przepustkę do tańczenia z innymi tancerkami, jeżeli nie - wracał na kolejne miesiące do ćwiczeń. Lekko w tamtejszych czasach to panowie nie mieli..,
Według Christine Denniston cały proces od pierwszej praktiki do tańczenia na milongach z kobietą trwał nawet i trzy lata! Nawet do lat 50tych w Argentynie na jedną kobietę przypadało sporo więcej mężczyzn i jedynym sposobem na bliższe poznanie kogoś, kto wpadł nam w oko było ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć..
Mężczyźni mieli stałych (męskich) partnerów do szlifowania swoich umiejętności, ale jak uczyły się kobiety, skoro praktiki były wyłącznie dla panów? Otóż kobiety uczyły się od siebie w zaciszach swoich salonów. Implikuje to, że panie z tamtych lat potrafiły prowadzić - przynajmniej w takim stopniu, żeby kobiety od swoich kuzynek mogły nauczyć się podążania na tyle, by doskonale wyćwiczeni mężczyźni mogli z nimi zatańczyć na milongach. Nie oznacza to, że mężczyźni byli z natury lepszymi tancerzemi, po prostu mieli o wiele trudniejszy start.
Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach, kiedy to na parkietach jest sporo więcej pań niż panów, sporo partnerek tęskni do starej, dobrej szkoły uczenia się tanga przez mężczyzn...