Mając w pamięci swoje wrażenia z innych podobnych gabarytami do Buenos Aires miast, oczekiwałem, że w Buenos pełno będzie psów, kotów, szczurów i wielkich jak ruskie czołgi karaluchów. I co?
I nic! Umówmy się, jakiś większy karaluszek od czasu do czasu czy szczurek pod płotem w 13-milionowym mieście to na prawdę nic. W sumie czysto, schludnie i bez stad bezpańskich zwierzaków.

Pamiętam jak dziś swój szok jak kiedyś w Manili wpadłem w środek chmary wielkich jak duży palec u nogi karaluchów. Nie były to oczywiście biegacze jak nasze tylko latacze, poruszające się zwartym szykiem bojowym. Karaluchy w Manili są na porządku dziennym, utrzymywane w szachu przez wielkie jak szafa gdańska pająki. Obrzydlistwo pierwsza klasa, w sumie nie wiadomo co gorsze.
W Stambule z kolei pogoniło mnie kiedyś przez kilka przecznic stado zdziczałych psów. W sumie tureckie burki są zaszczepione i zaczipowane (każdy ma na uchu metkę) i w ciągu dnia są najłagodniejszymi na świecie łasuchami. Wylegują się w parkach i na ulicach, dokarmiane resztkami kebabów. W nocy natomiast zamieniają się w psy Baskerville'a i biada temu, kto nocą wejdzie do parku.
Zdziwiła mnie natomiast ilość dobrze wyglądających psów wyprowadzanych na spacer przez zawodowych psowyprowadzaczy. W sumie to całkiem pocieczny widok jak chłopina jest ciągnięty przez 10-15 psiaków :) Może to jednak była specyfika w miarę dobrej dzielnicy, w której mieszkaliśmy.
|