Dia de campo

Zgodnie z zapowiedzią, odzyskawszy część zdjęć, kontynuujemy z Moniką dzielenie się naszymi wrażeniami z Buenos Aires. Tym razem "dia de campo" :>

Jedną z atrakcji, które udało nam się zaliczyć w Argentynie, była wycieczka na estancję - taka ekoturystyka weekendowa w lokalnym wydaniu. Najkorzystniejsza cenowo oferta to był "dia de campo" w estancji Santa Susana - dia de campo czyli po naszemu piknik.

Estancje to była kiedyś ostoja gospodarki i dobrobytu Argentyny, wykrawane z "niczyjej" ziemi, gdzie gauchos na poły pracowali a na poły darli koty z właścicielami ziemskimi. To tu właśnie hodowano bydło w niezliczonej ilości (najpierw je ozcywiście wyłapawszy z pampas). Niektóre z nich przetrwały do dziś jako atrakcje turystycznem przyjmujące nierzadko kilkaset osób na raz przez weekend. Oczywiście całość trąci teraz cepelią (i smrodkiem koni), ale wciąż można tutaj zobaczyć prawdziwe skarby - ot, choćby kolekcję sukien ślubnych z początku 20. wieku czy wiekową maszynę do szycia

 



Po krótkej (około 1h) przejażdżce autokarem dotarliśmy z Buenos Aires do estancji, gdzie przywitał nas prawdziwy gaucho:


(tak, wiem, że prawdziwych gauchos już nie ma, ale to tak jak z ułanami - z braku prawdziwych musi wystarczyć Ułan Bator).

Następnie spotkaliśmy dziewoje częstujące na prawo i lewo empanadami i winem. Monika bardzo pilnowała, żebym zajmował się bardziej poczęstunkiem niż naszymi uroczymi hostessami, więc nie mam obrazka. Ale mam za to obrazki mega asado (grilla), rozpalonego dla gości:





Nie mogliśmy się z Moniką doczekać wyżerki, ale co robić, trzeba było swoje odczekać aż pieczyste i wołowina dojrzeją pod okiem starszego grillowaczego. Przeszliśmy się więc obejrzeć udostępnione turystom budynki estancji. Pionurujące wrażenie zrobiły krzesła i stoły z kości wołowej (drewna na pampie było równie dużo co nadwyżki w ZUSie) oraz lokalna kaplica w obrębie zabudowań:


No i przyszedł kulminacyjny moment - wyżerka! W hali gotowej na Oktoberfest Monika wcinała arentyńską wołowinę aż jej się uszy trzęsły. Znaczy Monice się te uszy trzęsły, bo wołowina nie była w nastroju na trzęsienie uszami :D

Chytrusy gaucho oczywiście zaczęli od chlebka (przerwa), potem była sałatka (przerwa), morsilla jedna i druga, mięsko takie śmakie i owakie, kurczaczek a jak już wszyscy byli najedzeni pod korek, to dopiero wtedy na stoły podano bife de lomo. Tylko że tam czekał na nie naczelny mięsożerca trzeciej Rzeczpospolitej :>


Tutaj musimy się wam pochwalić: w pewnym momencie, kiedy do kotleta (o, przepraszam, do steka) przygrywała orkiestra, bandeonista zaprosił chętnych pod scenę na tańce i Monika mimo moich głośnych protestów zaciągneła mnie na tańce. Wśród niewielkiej grupki podstarzałych amerykańskich emerytów bawiliśmy się znakomicie do momentu, w którym bandeonista, zorientowawszy się, że potrafimy z Moniką tańczyć, rozgonił rozochocony tłumek a nam kazał wleźć na scenę i zatańczyć dla wszystkich! Tak więc Monika na bosaka a ja w sandałach daliśmy nasz pierwszy pokaz w argentynie! Ponad 500-osobowa publiczność zgotowała nam (jakże zasłużoną) owację :D

Po wielkim obżarstwie gaucho dali pokaz jazdy i tresury konnej:



Najprzystojniejszy gaucho wygrawszy z pozostałymi pojedynek na bandolety odjechał z Moniką w siną dal a ja brylowałem wśród lokalnych senior i seniorit. Z tym brylowaniem to nie do końca pamiętam, bo wino było dobre i za free :>